kiedyś to były imprezy

Winobranie (Dni Zielonej Góry) to coroczna, największa w regionie impreza kulturalna odbywająca się w Zielonej Górze w pierwszej połowie września oraz największe święto wina w Polsce [1]. Winobranie jako święto miasta ogłaszane jest począwszy od 1842 roku przez radę miasta [2]. Trwa 9 dni, podczas których trwają liczne imprezy Były kiedyś imprezy (jak ta na fotografii)! :D jł. Zapraszamy na "Spotkanie po latach" 24 sierpnia 2019 r. godzina 16.00 Wcześniej zdecydowanie przegrywały one z imieninami, które w Polsce zawsze świętowano z większą pompą. Zarówno jedne jak i drugie imprezy organizowano raczej w domach. Wynajem lokali czy zamawianie cateringu zdecydowanie nie były tak powszechne jak dzisiaj. Skromniejsze były również prezenty. Przeważały więc kostiumy o charakterze plebejskim, których przygotowanie nie wymagało wydania fortuny. Takie bale – zwane redutami – były „teatrem zbytków i rozwiązłości”, jak to określił Julian Ursyn Niemcewicz, a także popularną okazją do „porwania” cudzej żony lub córki. więcej o tym dowiesz się tutaj. 6. MIEJSCE. Kiedyś imprezy, dzisiaj sport. Jak odmienił się Puchatek. Dzielnicowy Dom Kultury Puchatek w pamięci krośnian zapisał się głównie jako miejsce wszelakich imprez. Jednak mało kto wie, jak istotne znaczenie odgrywał dla mieszkańców Krościenka Niżnego. Niedawno ten pozornie opuszczony budynek odżył za sprawą nowo Eine Frau Nach Einem Treffen Fragen. Czołgiem! Dzisiaj będzie moja życiowa historyjka. Ostatnio czytałam jakiś swój stary wywód z tej kategorii i pamiętam, że było dużo komentarzy o tym, iż uwielbiacie moje historie życiowe i porażki chyba też (huehue), dlatego zapraszam Was na historie o moim pierwszym nie było, to nie ja śpiewałam i konkretniej jest to mój pierwszy koncert, ale Agnieszki Chylińskiej, mojego pierwszego jako takiego nie pamiętam, ale chyba na jakimś festynie grała Majka Jeżowska, która hulała w Opolu i piła kakało... także cofnijmy się, ale do 2015 roku, kiedy byłam piękna, młoda i błyszczałam niczym masło na piękny dzień, konkretniej maj i konkretniej przed majóweczką. Siedziałam sobie u znajomych i grałam w porypaną grę polegającą na tym, że przyklejasz sobie kartkę z przedmiotem, czy postacią na czoło, jak debil i reszta zgaduje, kim jesteś. Także byłam śląską, mielonką ect. Najczęściej jakąś kiełbasą. Pozdrawiam koleżankę, bo mnie obserwuje na insta, to może łaskawie przeczyta. To nie ma większego sensu, ale jest śmieszne, więc dodałam. Gdy skończyliśmy tą, jakże edukacyjną grę, poszłam do domu i tam była moja siostra, która się zapytała, co robimy w majówkę. No to pewnie standard - grill i piwsko, ewentualnie piwsko i grill. Zapytała to więc mówię, że pojedziemy sobie może na koncert Chylińskiej do Wrześni, koło Poznania? (jestem z Gdańska i mam daleko do tego miasta).Liczyłam na ostre ,,nie", albo "popi#$rdoliło?", a tu bach ,,dobra, to jedziemy!". W moim mózgu zrodziło się wiele pytań.. jak pokazać krakowską suchą? Ile nóg ma stonoga? Dlaczego Mandaryna zrezygnowała ze śpiewania? Czy łysi, jak myją twarz, to całą głowę też?Ale żartujesz nie? Nie żartowała. Powiedziała, że wyjdziemy sobie o drugiej w nocy, coby uniknąć korków. Ogarnęłam się i poszłam spać. Nie mogłam - przecież to emocje, pierwszy koncert, no Agnieszkę już widziałam, ale być na koncercie to był sztos nad sztosami. Czułam się, jakby mi przybiła piątkę, chociażby pierwsza, budzik dzwoni... odzywa się niezapomniana, choroba lokomocyjna! Wiem, że czeka mnie podróż, ale już sama myśl drażni mnie nie miłosiernie. Nie mogę jechać. Dzwonie do siostry, że jednak nie dam rady, ona mówi, że dam. Przekonała szybko. Wsiadaliśmy do samochodu, zwarci i gotowi. Telefon jest, majtki na zmianę też, makijaż kilometrów dalej... bierze mnie na wymioty. Lokomotiv? To dla ciotów. Jednak swoje płatki zatrzymałam przy sobie. Zasnęłam. Obudził mnie głos mojej siostry ,,Chce ci się siku?" - nie chce, ale zaraz pewnie będzie mi się chciało, więc wychodzę. Jesteśmy na stacji benzynowej, szwagier tankuje, idę do toalety. Wypada coś chociaż kupić - kupuje 7Daysa, babka się na mnie dziwnie patrzy. Idę do kabiny, mijam lusterko. Stop, cofam się. A tam? Rozmazana ja, totalnie tusz zjechał mi na dół i wyglądałam, jak Marilyn Manson, po przeszczepie obu nerek. Ogarniam się. Wychodzę, uśmiecham się do Pani i mówię, że zasnęłam w makijażu. Ona mówi, że chciała zwrócić mi uwagę, ale może tak miało dalej, godzina 7 rano prawie, jakoś tak jesteśmy na miejscu. Stoimy na parkingu, siostra ze szwagrem muszą się zdrzemnąć, koncert o 20. Mnie się nie chce spać, bo spałam po drodze. Chce mi się pić, a dookoła tylko sklep z gaśnicami. Właśnie Pani otwierała. Była majówka, większość sklepów zamknięta, ale z gaśnicami zapierdalają. Daleko hen, Żabka. Więc kupuje picie i wchodzę do samochodu. Próbuje zasnąć, ale mi nie idzie. Pochodziłam trochę i znalazłam miejsce, gdzie ma być koncert. Już powoli scenę później poszliśmy coś zjeść. Tylko Kebaba znaleźliśmy więc na śniadanie były frytki. Przynajmniej dla mnie bo nie lubię kebaba. Niedojedzone w pudełku położyłam na tylnym siedzeniu w aucie. Pojechaliśmy do Poznania, zobaczyć te słynne koziołki. Czekałam pół godziny, aż dwa kozioły (jak te w Ranczu hehe .. he) się pykną i otworzą się niedomknięte drzwi. Później wszyscy klaskali. Really? To nielądowanie - dla mnie to słowo brzmi dziwnie, ale mój program do sprawdzania pisowni twierdzi, że się piszę razem, więc tak powrocie okazało się, że pod sceną już koczowało kilku fanów. Każdy z nich miał koszulkę zrobioną przez siebie, jedne ładne inne... creepy, ze zdjęciem na cyckach kiepskiej jakości. Ja nie miałam nic! Teraz coś znajdź! Na Allegro wysyłka w tydzień, a ja czułam się naga, no jak nie fanka. Szukałam, szukałam, aż znalazłam sklep z pamiątkami i kupiłam sobie bransoletkę z muliny, na której był napis ,,AGNIESZKA". Na pewno Artystka doceni i zauważy ze sceny. Rozpoczęło się koczowanie z fanami, których nie znałam. Każdy miał na tapecie w telefonie zdjęcie Chylińskiej, a jak ktoś dzwonił, słyszałam ,,Winną", albo ,,Wybaczam Ci", a ja miałam jako dzwonek ,,Plastikową Biedronkę". Stałam idealnie pod barierką. Najlepsze miejsce, jeszcze pięć godzin i koncert mój. Nie licząc wychodzenia na iść po coś do auta i usiadłam dupskiem na te frytki. Nie chcecie wiedzieć, jak wyglądały moje spodnie. Trzeba było kupić nowe na alternatywnym bazarze, bo sklepy zamknięte, a gdy przyszłam, pierwsze rzędy były już zajęte. Nagle usłyszałam głos jakiegoś fana... ona była tu od rana! Nie wiem czemu, ale bez spiny mogłam sobie wleźć. Chociaż byłam ściśnięta, niczym naleśnik, to miło było, że ludzie zrobili koncercie pisać nie będę, bo było super. Gardło rozjechane jak po ostrej imprezie. Naprawdę mimo wszystko fajnie wspominam ten później pojechałam do Bydgoszczy i miałam już swoją koszulkę. Czujecie ten fejm?Mam nadzieję, że ta historia Wam się podobała, bo wtedy będzie więcej :DZapraszam na Instagrama KLIK i do obserwowania newsów z mojej książki KolorowoBeatryczePodobne wpisy: -> ,,Kiedyś to było..." - czyli historia o różowej -> ,,Kiedyś to było..." - czyli historia o kalendarzach adwentowych.

kiedyś to były imprezy